Ayutthaya – dawna Tajlandia w jeden dzień

Bangkok sam w sobie ma dużo do zaoferowania, ale jest także doskonałym punktem wypadowym na jednodniowe wycieczki. Jednym z miejsc w promieniu kilkudziesięciu kilometrów od stolicy wartym odwiedzenia jest Ayutthaya, gdzie w jeden dzień można poczuc ducha dawnej Tajlandii.

JAK DOJECHAĆ DO AYUTTHAYA?

Wycieczka zaczyna się nigdzie indziej jak na dworcu kolejowym Hua Lamphong, gdzie tuż przed wyjazdem można zakupić bilet na interesujący nas pociąg. W okolicy kas kręcą się pracownicy dworca pomagający zdezorientowanym turystom, którzy po usłyszeniu celu podróży odsyłają do konkrentnego już okienka. Bilet trzeciej klasy kosztował nas miliony monet, czyli całe 20 BHT (nieco ponad 2 PLN) za mniej więcej dwugodzinną podróż. Miejscówek nie było, po drodze ciągle dosiadał się ktoś z wykupionym miejscem, więc koniec końców trzeba było od pewnego momentu stać. 

 

PORUSZANIE SIĘ PO AYUTTHAYA

Park historyczny, który był naszym głównym celem w Ayutthaya jest całkiem oddalony od dworca kolejowego, a spacer w skwierczącym upale po asfalcie nie wchodził w grę. W sumie od samego początku planowałyśmy wypożyczyć rowery (50 BHT/dzień), więc skierowałyśmy się do budynków zwiastujących cywilizację naprzeciwko dworca. Bingo, rowery były, tylko już niewiele. Po przeanalizowaniu modeli w trzech wypożyczalniach na krzyż zdecydowałyśmy się na w miarę bezpiecznie wyglądające pojazdy i ruszyłyśmy w drogę. 

Hamulce mojego roweru Renault skrzypiały tak, że spokojnie było je słychać w Bangkoku, a trasa do ruin świątyń Ayutthaya prowadziła przez bodajże trzypasmową drogę szybkiego ruchu (a zaczynała się wiaduktem pod górkę). Chyba nie muszę wspominać jaka jest tajska kultura prowadzenia pojazdów. Tak czy owak przeżyłyśmy, co dziwi mnie po dziś dzień. 

Gdy dojedzie się do słoni to znak, że atrakcja turystyczna już niedaleko (bo kto inny jeździ na tych biednych słoniach jak nie turyści?). Polecam zaparkować i w dalsze zwiedzanie udać się pieszo. I tak już miałeś wystarczająco stresu na rozwalonym rowerze na drodze pełnej kierowców-kamikadze. 

Jak to my – najpierw napatoczyłyśmy się na targ z jedzeniem i pamiątkami (z naciskiem na to pierwsze). Jak tu nie spróbować zielonych naleśników z pandana ot tak rzucanych na gorącą patelnię rękami? A do pandana trzeba było kupić banana. No więc szybki piknik na ławce zanim zaczniemy obcować z historią i religią.

Pisząc tego posta z półrocznym już odstępem czasowym muszę zaznaczyć, że z tego dnia w pamięci najbardziej utkwiły mi już wspomniane pandano-naleśniki i rowery. Na część kulturalną chyba już wypaliło mi mózg.

Niemniej przed parkiem historycznym znajdowała się świątynia niebędąca ruiną, a nawet akurat przeprowadzano jej renowację. Świątynia jak świątynia, w Bangkoku naoglądałyśmy się już dostatecznie – odsyłam do tego wpisu. 

 

AYUTTHAYA – PARK HISTORYCZNY

Park historyczny Ayutthaya zajmujący, którego 715 akrów powierzchni pokryte jest ruinami kilkuset świątyń jest główną atrakcją miasteczka. To właśnie tu drzemie duch starodawnej Tajlandii, bowiem w latach 1350-1767 Ayutthaya była stolicą państwa Siam, obecnie uroczo nazywanego krainą uśmiechu. W okresie swojej świetności w połowie XVIII wieku Ayutthaya miała ponad milion mieszkańców, co czyniło ją jednym z największych miast na świecie. Wstęp na teren parku dla obcokrajowców to koszt 50 BHT. 

Park jest okazałych rozmiarów, więc jeśli ktoś chce dokładniej obejrzeć wszystkie świątynie, powinien zaplanować na niego kilka godzin i koniecznie znaleźć głowę Buddy wrośniętą w drzewo. My ją przegapiłyśmy – wstyd się przyznać i do dziś nie wiem jak to możliwe. 

Po stojącej podróży powrotnej do Bangkoku w okolicy dworca udało nam się znaleźć całkiem posh restaurację z licznymi wege opcjami. Bez fajerwerków, ale przyzwoite jedzenie za jako tako przystępną cenę – Laap Paak.