Świątynia w jaskini i małpia mafia w Phetchaburi

170 km od Bangkoku położone jest liczące 26.000 mieszkańców Phetchaburi (ile z nich jest ludźmi, a ile małpami – nie wiem), będące stolicą prowincji o tej samej nazwie. Podróż pociągiem ze stolicy Tajlandii trwa aż trzy godziny, lecz mimo to warto zaplanować sobie jeden dzień na taką wycieczkę.

 

_____________

 

Przedostatni dzień w Bangkoku. Po pięciu dniach bardzo intensywnego zwiedzania na naszej liście nie zostało już wiele punktów do odhaczenia – jednym z nich było jednak Phetchaburi z klimatyczną świątynią ulokowaną w jaskini. Nie chciało mi się, jak bardzo mi się nie chciało! Wycieczka wiązała się bowiem ze wczesną pobudką i trzygodzinną podróżą tajskim pociągiem trzeciej klasy za ciężkie 40 BHT (ok. 4,30 zł), w którym czasem może się tak zdarzyć, że trzeba cały czas stać.

 

Decyzja została jednak podjęta. Sobota stoi pod znakiem Phetchaburi.

Pociąg nie był przepełniony, miejsce siedzące były i klimatyzacja w postaci otwartych okien i drzwi również. Niby trzecia klasa, ale wars jest – tylko trochę taki inny. System warsa w tajskim pociągu polega na tym, że chyba w sumie każdy może coś sprzedawać. Przypomina mi to handlarzy z plaży w Kołobrzegu z moich wczesnoszkolnych czasów. „Lody, piwo, kukkkkuuuurydza! Piwo, zimne piwo!“. Można było więc zaopatrzyć się w zimne napoje, owoce, a nawet w dania obiadowe.

Po trzech godzinach wysiadłyśmy w Phetchaburi. Słońce grzeje, turystów zero, a tabliczki tylko i wyłącznie po tajsku. Od razu ruszyłyśmy w kierunku celu naszej wycieczki, czyli do jaskini Khao Luang, mieszczącej się niespełna cztery kilometry od centrum miasta.

Ulica szeroka, ruch znikomy… cóż za odskocznia od głośnego i chaotycznego Bangkoku. Na poboczu leżą psy (głównie żywe, choć i był też jeden martwy, czym raczej nikt się nie przejmował). Z kolejnymi metrami psów jednak było coraz mniej, a coraz więcej… małp. Małpy biegały po poboczu, przebiegały przez ulicę, siedziały na ławkach. Były WSZĘDZIE.
Dopiero wtedy mi się przypomniało, że faktycznie – w Phetchaburi miały być małpy.

Droga prowadziła pod górkę, jednak tuż przed nią zostałyśmy wyhaczone przez phetchaburskich tuk tukowców, którzy ostrzegając przed grasującą po drodze mafią małp polecili nam podwózke. Za 15 BHT (1,60 zł) skusiłyśmy się, bo i czemu nie? I tak przeszłyśmy już kawał drogi.


Ścieżka prowadzącą do jaskini Khao Luang była okupywana przez małpy. Niby się nami nie interesowały (innych ludzi było jak na lekarstwo), ale nigdy nic nie wiadomo. Tyle się przecież słyszy o małpach, które wskakują na plecy, otwierają torebkę i kradną co popadnie. Tak się zestresowałam, że aż spociły mi się powieki.

Khao Luang robi wrażenie – po zejściu ciemnymi schodami wgłębi jaskini pełnej stalaktytów i stalagmitów wyłania się wielki, złoty posąg Buddy, na którego padają promienie światła. To pierwsza z dwóch komór jaskini, która jest zarazem ołtarzem głównym świątyni. W drodze do drugiej komory mija się bardzo zadowolonego leżącego Buddę i rząd mniejszych pozłacanych.

Drugie pomieszczenie jest znacznie mniejsze, jednak wpadające do niego od góry światło jest jedne w swoim rodzaju.

W jaskini-świątyni spędziłyśmy dobre półtorej godziny, czyli nawet dłużej niż w Wat Pho pełnej kotów. Dlaczego?
Po pierwsze światło, na które nie mogłam się napatrzeć. Po drugie spokój – oprócz nas w świątyni było może że 20 innych osób. Po trzecie – można było się ochłodzić! Możliwe, że kolejnym powodem był strach przed ponowną konfrontacją z małpami.

Nasi przodkowie byli jednak znów zajęci sobą i nie zwracali na nas i nasze aparaty najmniejszej uwagi.

Po obiedzie trzeba było udać się na dworzec. Ostatni pociąg z Phetchaburi do Bangkoku odjeżdża już po 16:00 i ma dwa minusy: brak trzeciej klasy, a co za tym idzie – zamiast 4,30 zł kosztuje prawie 40 zł. W cenie soczek i ciastko (przydatne do spożycia do 2561 roku), miękkie siedzenie i klimatyzacja. Było mi zimniej niż w Alpach.